Świeć światłem własnym, nie odbitym / esej
Jeżeli człowiek składa się w ok. 70% z wody, to w ilu procentach składa się ze światła?
Pierwsze skojarzenie przywodzi na myśl ciała niebieskie. To właśnie one świecą światłem własnym lub odbitym. I tak, gwiazdy – własnym, planety – odbitym. Gwiazda emituje promieniowanie elektromagnetyczne, w szczególności coś, co w astrofizyce nazywane jest światłem widzialnym. Planeta okrąża gwiazdę i w jej wnętrzu nie zachodzą reakcje termojądrowe. Między nimi działa też grawitacja, a więc wzajemnie przyciąganie się obiektów posiadających masę.
Wszystko powyższej jest ważne: promieniowanie, światło, reakcje, grawitacja i masa. Dalej będzie potrzebna nam jeszcze formuła z pola fizyki. Fele elektromagnetyczne. Światło to właśnie fala elektromagnetyczna. Liczona w hercach. Herce są miarą częstotliwości. Nasze oczy nie widzą wszystkich fal. Nie widzimy: promieniowania rendgenowskiego, promieniowania gamma i innych mniejszych: mikrofal czy fal radiowych lub podczerwieni.
Widzimy więc tylko część, to światło widzialne. Wiemy, że istnieje, ponieważ je widzimy. Ale wiemy też, że istnieje niewiarygodnie silne światło jakim jest promieniowanie gamma, a z nim reakcje nuklearne, czy promieniowanie rendgenowskie. Nie widzimy więc samego światła, a jedynie jego skutki.
Co to znaczy - świecić światłem własnym, nie odbitym?
Kiedy świecimy światłem, a kiedy je jedynie odbijamy? Gdzie jest źródło naszego światła? I skoro przyjęliśmy już tę umowną nomenklaturę z pola astrofizyki - mając masę - na jakiej zasadzie się przyciągamy, a więc łączymy w pary?
Jeśli światło jest falą elektromagnetyczną, a więc energią, możemy przyjąć, że emitujemy fale, które są niewidzialne dla ludzkiego oka, lecz jego skutki są dostrzegalne (tak jak z promieniami rendgenowskimi).
Światem rządzą siły. Widzialne i niewidzialne. Świat nauki nas przekonuje a intuicja może być tylko domysłem lub drogowskazem.
A zdanie logiczne brzmi: Świecimy światłem, kiedy je posiadamy, kiedy nie posiadamy jedynie je odbijamy.
Światło pochodzi z mądrości.
Jedną z moich ulubionych, jest mini książeczka pod wielkim tytułem: „Jak być uczonym”. Michał Heller — naukowiec i teolog— w swoich badaniach zajmujących się opisywaniem wszechświata, oraz relacjami nauka — wiara, napisał, że „ciemność jest cierpieniem umysłu”. Za Davidem Hume’em „Obscurity is painful to the mind” mówi, że „obscurity" to nie tylko ciemność, brak światła, lecz również ciemnota, oznaczająca brak światła, które winno oświetlać ludzką myśl.”* Tak rozumianą ciemnością będzie nie tyle sama głupota, ale też brak zainteresowania wiedzą. Mądrość przychodzi do nas stopniowo. Aby wspinać się po tych stopniach musimy wykazać zainteresowanie. Wykonać ruch, choćby najmniejszy. Impuls zawsze pochodzi od środka. Filozofia (umiłowanie mądrości) narodziła się — według Arystotelesa — z ludzkiego zdziwienia. A więc dziwimy się, zadajemy pytania, szukamy odpowiedzi. Znajdując je lub trwając w procesie poszukiwań, roz(jaśniają) się nam kwestie, wy(jaśniają) problemy. Myślę, że słowa źródłowe nie są tu przypadkowe.
Światło pochodzi z piękna.
Piękno jest wielkim dobrem. A nasze życie wewnętrze karmi się różnymi treściami. Karmimy się tym co widzimy. „Światłem ciała jest oko. Jeśli więc twoje oko jest zdrowe, całe twoje ciało będzie w świetle. Lecz jeśli twoje oko jest chore, całe twoje ciało będzie w ciemności”** . Słowa te rozumiem w dosyć dosłowny sposób. To co widzi moje oko, trafia do mojego wnętrza, jest stymulatorem myśli, myśli zaś następnie działań. Oglądając piękno napełniamy nim swoje wnętrze. Gdzie szukamy piękna? Od czasów odrodzenia i pierwszych humanistów, piękna poszukujemy zarówno w sztuce, jak i w naturze. I od tamtych czasów niemożliwe jest stwierdzić, co jest doskonalsze. Błękit, rozległość wód i oceanów, drzewo porośnięte mchem, śpiew delfinów, czy też „Czarny kwadrat na białym tle” albo „Narodziny Venus”. Angażujemy nasze zmysły: wzrok, słuch, dotyk, za pomocą których wszystko przenika do naszego środka i nas wypełnia.
Światło pochodzi z ciszy
Światło znajdziemy w ciszy. Przy wyłączonych ekranach, przysłoniętych oknach, zapalonej świecy, skrzyżowanych nogach. Bez: muszę, potrzebuję, to było wczoraj, tak będzie jutro; myśli, których nie trzeba zwalczać. Cisza jest potrzebna po to, aby do naszego wnętrza przeniknęło światło. Ale cisza do osiągnięcia nie jest łatwa. Ciszy smakujemy przez medytację, modlitwę, czy porostu skupienie. W ciszy trzeba się zanurzyć. Wyizolować. I nie mówię o ciszy z zewnątrz. To jakoś nawet nam się udaje. Wyłączymy przecież telewizję, radio, wyciszymy dzwonki w telefonie, może uda nam się nawet oswoić z odgłosami dobiegającymi z ulicy; pracującymi w oddali koparkami, targanymi wiatrem drzewami, przejeżdżającym na sygnale radiowozem. Ale uciszyć swój umysł? Jest już znacznie trudniej. Co z milionami myśli? Hiperaktywnymi połączeniami neuronów? Jak zapaść w ciszę?
Proste: Oddychać. A więc p o w o l i. Wdech. Wydech. Ubezpieczenie za samochód. Wdech. Wydech. Smaczne było to risotto. Wdech. Wydech. Jeszcze rachunki za gaz. „Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. Oddech jest początkiem medytacji, jest początkiem modlitwy ciszy.”***
Teoria na istnienie jednorożca [Światła tu nie ma]
Andrzej Tarkowski mówił, że „(...) uwolnienie energii ludzkiego ducha jest możliwe jedynie dzięki wielkiemu osobistemu wysiłkowi wewnętrznemu”.**** Osobisty wysiłek wewnętrzny musi raczej wiązać się z jakimś wyrzeczeniem. A na wyrzeczenia człowiek nie godzi się z łatwością. Samo słowo brzmi już prawie jak anachronizm. Trudno wyrzec się nam nadmiaru, nie tylko dóbr, ale i przyjemności; choć dla równowagi trzeba postawić też wyrzeczenie się cierpienia czy traumy. Z łatwością za to przychodzi nam wyrzekanie się siebie. Umiejętność tę szkolimy do perfekcji. Nakładając, bądź też zdejmując odpowiednie kombinezony; ról, przynależność, pełnionych funkcji, oczekiwanych wzorów zachowań. Nigdy nie pozwalając sobie na bycie w pełni sobą. Do tego, nie wiedzieć czemu, powielamy utarte schematy. Mając nawet świadomość ich zgubności na nasze „sprawy wewnętrzne”. I tak, skutecznie nie aktywujemy energii naszego ducha, reagując wraz ze stadem. Płynąc z prądem, bo pod prąd — zawsze trudniej. Jeśli coś jest już powszechne, zwielokrotnione, zbiorowe uważamy za usankcjonowane. Tak jak istnienie jednorożca. Czy istniał? Tego nie wiemy. Wiemy na natomiast to, że jego obraz jest zapisany w zbiorowej pamięci. Niestety nie zastanawiamy się nad konsekwencjami i rzadziej nad towarzyszącymi emocjami tej „akceptowalności praw ogółu". Skąd w nas poczucie strachu, samotności, oddalenia, poczucie przemijalności pewniej epoki. Aż wreszcie, przemijalności nas samych. Bo punkt z którego wychodzimy, jest tym samym punktem do którego wracamy. Tylko jesteśmy starsi.
Samostanowienie [Tu światło jest]
„Nie chcemy pogodzić się z oczywistym faktem, że wszystko w tym świecie, wzajemnie się ze sobą łączy, a zbiegi okoliczności nie istnieją, ponieważ od czasów Golgoty mamy całkowitą wolność woli i prawo do dokonywania wyboru pomiędzy dobrem a złem.”***** Cytując jeszcze raz Tarkowskiego i upraszczając jego słowa, wszystko komplikuje się za sprawą wolnej woli. Czym jest wolna wola, jeśli nie możliwością samostanowienia i czy to nie jest piękne? Możemy być jacy chcielibyśmy być. Tylko właściwie jacy chcemy być? Najczęściej bogaci, ponętni, kosmetycznie wypełnieni. W gruncie rzeczy powierzchowni i wewnętrznie zeszpeceni. Mówię o woli samostanowienia jako akcie samostworzenia. Możemy posiąść właściwości kryształu; być przeźroczyści, błyszczący, drogocenni, a więc też upragnieni. Możemy posiąść właściwości człowieka; być mądrymi, dobrymi i pełnymi miłości. Ale czy tacy jesteśmy? Samostanowienie wymaga siły i odwagi. To dokonywanie wyborów, podejmowanie działań, a często też wyrażanie sprzeciwu. Samostanowienie to wybór partnera, pracy, przyjaciół, a nawet jedzenia. Rozejrzyjcie się wokół. Tak samoustanowiliśmy. Czy jesteśmy szczęśliwi?
Źródłem światła jest miłość
Starożytni Grecy odróżniali przynajmniej siedem rodzajów miłości. Eros. Philia. Storge. Agape. Ludus. Pragma. Philautia. Kolejno są to: Miłość erotyczna. Braterska. Rodzinna. Miłość bezwarunkowa. Zauroczenie. Miłość długotrwała. Miłość do samego siebie. Rozwarstwienie terminu pokazuje też jego złożoność. Tyle rodzajów miłości, to tyle samo źródeł świata. Tyle samo też źródeł ewentualnego deficytu. Najciekawsza dla mnie, z punktu widzenia tematu tekstu, jest philautia czyli miłość do samego siebie. A ta, jak wiemy, nie jest wcale łatwa. Bez tej iskry miłości w nas samych do nas samych, trudno kochać i jaśnieć.
Łączenie w pary
Podobne do ciał niebieskich, my też posiadamy masę. Mając masę, a obok grawitację, w jakiś sposób się przyciągamy. Człowiek odczuwa i rozumuje po ludzku. To naturalne. Ale ten sam człowiek, powinien sobie zdawać sprawę, że w naturze zachodzą zjawiska:
a) nieuchwytne
b) arcyprzedziwne
Na przykład zdolność echolokacji nietoperzy — czyli wysyłanie przez nie ultradźwięków odbijających się od obiektów, dzięki którym wiedzą jak się poruszać. Czy też zdolność łososi, polegająca na wykorzystywaniu pola magnetycznego Ziemi do nawigacji w ocenie. Dlaczego więc my - ludzie, mielibyśmy wykluczyć umiejętność przyciągania się ze względu na właściwości swojej energii? Jestem w stanie wyobrazić sobie, że naszą masą będzie energetyczna kula, której promień zależy tylko od nas samych. Ta kula powinna być czymś dla nas najważniejszym. W tej kuli są nasze emocje, wspomnienia, traumy, marzenia i chęć działania. Jeśli świecimy to też przyciągamy. Jeśli odbijamy, podążamy za kimś. Odbijanie światła jest stwarzaniem iluzji, jest brakiem autentyczności, pozorem. Jest przyjmowaniem status quo bez walki, inicjatywy, trwaniem w agonii bez determinacji.
Świeć światłem własnym
Tak jak oko potrzebuje światła, aby widzieć, tak nasze wewnętrzne istnienie potrzebuje światła, aby mogło się urzeczywistniać. Urzeczywistnienie istnienia polega na wszystkim tym co wydobywamy ze swojego wnętrza. Na wszelkich aktach twórczych, uczuciach i emocjach, ale przede wszystkim na uznaniu najprostszego faktu, jakim jest samo nasze istnienie. Każdy z nas jest unikalnym tworem złożonym z materii i z ducha, którego nigdy nie było i którego nigdy nie będzie już we wszechświecie. Odczucie wdzięczności za samo istnienie, jest tak nieoczywiste we współczesnym świecie. A przecież źródło naszego światła znajduje się w naszym istnieniu.
Tak więc świeć światłem własnym, które w całej swojej autentyczność pochodzi z Ciebie. Świeć światłem prawdy. Zwłaszcza kiedy nie jest ona wygodna. Świeć światłem troski, wsparcia i współczucia. Nie odwracaj wzroku od tego, który rozpaczliwie potrzebuje pomocy. Przekonaj się do miłości. Kochaj bezwzględnie. Wybaczaj. Próbuj. Kolejny raz i następny. Chociaż ludzie zawodzą i będą zawodzić. TY możesz stać po drugiej stronie. A więc uczyń siebie widzialnym. Wyjdź z przysłaniającego Twoje światło cienia; krytyki, nieżyczliwości, braku wiary w siebie. Powiedz nie, kiedy chcesz powiedzieć nie. Broń swojego zdania i stań na straży swoich przekonań, choćby miało zaboleć. Wzbudź w sobie zachwyt. Niekwestionowany zachwyt nad naturą, nad drugim człowiekiem, a w końcu nad sobą.
Jeżeli człowiek składa się w ok. 70% z wody, to w ilu procentach składa się ze światła?
Przypisy:
*Michał Heller, Jak być uczonym, s.11, Wydawnictwo Znak, Kraków, 2009
**Mt 5, [22 – 23], PŚ, Wydawnictwo Pallottinum, Przekład z oryginału, Poznań, 1991
***Małgorzata Manado, Wdech i wydech, W drodze, 7/2019, str. 30.
****Andrzej Tarkowski, Czas utrwalony, Świat Literacki, 2007, str. 242.
*****Andrzej Tarkowski, Czas utrwalony, Świat Literacki, 2007, str. 242.