Świt — tekst kuratorski
Przyjeżdżam do Marty zobaczyć jej pracownię. Kamienna posadzka i strukturalny biały sufit zdają się scalać w jedno z płótnami opartymi o ściany. Prześwit w koronie drzewa rosnącego tuż przed oknami małego budynku pozwala rozlać się pojedynczym strużkom złotego światła po podłodze. Delikatnie muskają one powierzchnię białego płótna, rozbijają o jego fakturę, znikają i pojawiają się ponownie. Przyglądam się tej grze świateł i łapię się na myśli, że taki prześwit wpuszczający światło, w metaforycznej formie, posiada każdy z nas.
« odstęp między dwoma przedmiotami lub między elementami czegoś, odległość między dwoma płaszczyznami ograniczającymi otwór; też: otwór, wolne miejsce przepuszczające światło, odsłaniające jakiś widok »
W definicji prześwit jest więc czymś, co samo w sobie nie jest najważniejsze. Jest odstępem, otworem, wolnym miejscem. A jednak to dzięki niemu możemy coś zobaczyć. Przepuszcza światło, odsłania widok, pozwala zajrzeć dalej.
Dla mnie, takim prześwitem przepuszczającym światło, była zawsze sztuka. Obraz – jako dzieło sztuki, płaszczyzna, stanowi prześwit w otaczającej nas przestrzeni, odsłaniający urywek innej rzeczywistości. Jest elementem ,,zaburzającym’’ otoczenie, przyciągającym naszą uwagę, jak martwy piksel na śnieżącym ekranie. Każde dzieło sztuki oferuje nam swoją historię, każde jest swego rodzaju oknem do innego świata. Niektóre z nich oferują nam klisze scen rodzajowych, inne dramaturgię godną najlepszej tragedii, jeszcze inne ciszę zaklętej w czasie martwej natury. Te abstrakcyjne wciągają odbiorcę w świat kształtu, koloru, formy (nie tylko tej czystej) oraz często surowej, obdartej ze wszystkiego co znane – emocji. Niektóre odbijają emocje odbiorcy, a inne przechowują te twórcy. Te dwie ostatnie właściwości mają w sobie prace Marty Zielińskiej. Powstały jako forma medytacji, duchowego oczyszczenia i odpoczynku, mająca wyraz w powtarzanym, jak mantra, ruchu pędzla.
Pojedynczy gest nie ma tutaj większego znaczenia. Dopiero jego powtórzenie zaczyna budować obraz. Jeden ruch pędzla staje się kolejnym i kolejnym, aż zaczynają tworzyć własny rytm. Jest w tym coś z oddechu. Wdech–wydech, wdech–wydech. Może z rytmu fal, rozbijających się o morski brzeg.
Obok malarstwa, drugą techniką wiodącą w twórczości Marty jest ceramika. Tutaj gest zostaje zapisany nie przez ślad pędzla, ale przez dotyk. Glina jest miękka. Można ją dowolnie formować, głaskać, uderzać, muskać, gnieść. Dopiero później, w procesie wypalania, staje się twarda i odporna. Gest kształtowania obiektów zostaje na nich utrwalony w formie faktury, przypominającej nam, że różnych doświadczeń, możemy wynieść coś pięknego.
Malarstwo i ceramika, choć są tak różne, to wydają się dwiema stronami tego samego procesu – formowania i przemiany. W interpretacji Marty, w obu najważniejszy jest gest powtarzany, wymagający cierpliwości – i zgody na niedoskonałość. Nie chodzi w nich o efekt końcowy, lecz samo działanie. Dlatego tak ważne jest w nich to, czego nie widać od razu. Spokój tych prac nie oznacza braku wysiłku. Wręcz przeciwnie – jest efektem cierpliwego pozostawania przy jednym geście, przy jednej czynności, przy materii, która nie zawsze poddaje się od razu.
Podczas naszego spotkania dużo rozmawiamy. Nagle pada zdanie, które mocno utkwiło mi w pamięci: ,,Jeden ze zaznajomionych artystów, zapytał: Kto w Pani zabił kolor?”
To pytanie zostaje ze mną na dłużej. Patrzę na białe obrazy Marty i zaczynam myśleć o tym, czym właściwie jest światło. Bo przecież biel nie jest brakiem koloru. W białym świetle zawarte są wszystkie barwy widma – widzimy je dopiero wtedy, kiedy światło zostanie rozszczepione. Jednolite, okazuje się więc wielością. Podobnie jest z powierzchnią obrazów Marty – z daleka zdają się monochromatyczne i dopiero zbliżenie pozwala zobaczyć ich różnorodność. Subtelne zmiany temperatury bieli, cienie, załamania światła na grubo kładzionej farbie, różnice w fakturze.
Światło od dawna funkcjonuje zresztą nie tylko jako zjawisko fizyczne, ale również jako metafora poznania. U Platona, w słynnej alegorii jaskini z Państwa, wyjście ku światłu oznacza przejście od świata cieni i pozorów ku poznaniu. Słońce umożliwia widzenie, a tym samym poznanie rzeczywistości. Myślę o tym w kontekście prac Marty, które nie próbują niczego nam przedstawiać ani opowiadać. Nie pokazują konkretnego miejsca, przedmiotu czy zdarzenia, nie narzucają interpretacji. Zmuszają do zatrzymania się, momentu kontemplacji.
To ciekawe również w kontekście tytułowego Świtu. Świt jest przecież pierwszym światłem, dzięki któremu rzeczy zaczynają odzyskiwać swoją widzialność. Nie pojawiają się nagle, lecz wyłaniają z ciemności – najpierw są ledwie zaznaczone, niepewne, pozbawione wyraźnych konturów. Dopiero z czasem stają się coraz bardziej czytelne. Świt nie przynosi od razu odpowiedzi – jest zarówno końcem, początkiem jak i samym momentem przejścia – o którym opowiada ta wystawa. Jest zamknięciem pewnego rozdziału w życiu artystki, a tym samym początkiem nowego. Tak jak każdy świt jest początkiem nowego dnia.
Osobiście wyznam, że mi, osobie lękowej, świt kojarzył się długo ze strachem – przed nadchodzącym dniem i tym, jaką niewiadomą stanowił. Gdy słońce zachodzi, wszystko już jest wiadome, znajduje się w bezpiecznej przeszłości, zapisane niezmywalnym atramentem w kronice naszego losu. Brzask natomiast stawia nas przed wielką niewiadomą – nieuformowanym kawałkiem gliny, czystym płótnem dnia, któremu musimy stawić czoła. Dopiero z czasem zaczęłam zauważać, że ta niewiadoma, jest również ogromną szansą. I mimo lęku, możemy zrobić pierwszy krok, zacząć od nowa, nawet jeśli nie wiemy jeszcze, dokąd ten krok nas zaprowadzi.
Może właśnie dlatego tak bliska jest mi idea prac Marty. Nie mówią o nagłym odrodzeniu, o wymazaniu tego, co było wcześniej. Nie próbują przykryć ciemności światłem. Przeciwnie – pozwalają jej istnieć, a jednocześnie szukają w niej miejsca, przez które może przedostać się coś nowego. Tak jak glina przechodzi przez ogień i z miękkiej, podatnej materii staje się czymś trwałym, jak pędzel, powtarzając jeden gest, powoli buduje obraz, i tak jak noc nie znika nagle, lecz stopniowo ustępuje miejsca światłu. Jest to odbicie wewnętrznej pracy, monotonnej, pełnej zmagań, ale ostatecznej wyprowadzającej nas z ciemności.
Sztuka może dać nam chwilę wytchnienia. Nie musi być ucieczką od rzeczywistości, ale miejscem, w którym na chwilę możemy zobaczyć ją inaczej. Szczeliną pomiędzy tym, co było, a tym, co dopiero się wydarzy. Właśnie tym miejscem, prześwitem, przez które wpada światło. Niezależnie od tego, czy ją tworzymy – czy z nią obcujemy.
Żegnamy się serdecznie. Słońce akurat zachodzi, zaczynając swoją mozolną wędrówkę w kierunku świtu…